
Po doskonałym październiku w listopadzie obawy o losy strefy euro powróciły z nową siła. Pod koniec miesiąca nastroje zaczęły się jednak poprawiać, bo rynki czekały na kolejny unijny szczyt, który odbył się 9. grudnia. Jego wynikiem było (kolejne) porozumienie, które nikogo nie zadowalało. Ustalono, że państwa strefy euro plus ochotnicy zawrą odrębną umowę, która zapewni utworzenie unii fiskalnej do końca 2012 roku. Utworzenie stałego funduszu pomocowego UE (fundusz ESM) przesunięto z 2013 roku na połowę lipca 2012. Jakimś osiągnięciem jest to, że banki państw strefy euro wpłacą do MFW 150 mld euro, reszta państwa UE dołoży 50 mld euro. Tyle, że przecież potrzebne jest 2.000 mld euro...
Pozostały liczne problemy. "Unia fiskalna" (prawie automatyczne sankcje za przekroczenie wskaźników makro, zapisanie w konstytucjach deficytów nie większych niż 3 proc., podatek bankowy itp.) jest dość luźnym pomysłem, który ubrany w szczegóły może się okazać niestrawny. Poza tym ma zostać przyjęty w lutym i wejść w życie w końcu 2012 roku, a do tego czasu nie wiadomo, co będzie się działo. Z góry można założyć, że w licznych krajach przyjęcie ustaleń napotka na kłopoty. Nawet we Francji wprowadzenie "złotej reguły" budżetowej do konstytucji zapewne nie będzie możliwe. Można sobie wyobrazić, co się będzie działo, jeśli poszczególne państwa zaczną odrzucać ustalenia.
Interesujące były opinie agencji ratingowych. Moody's oświadczyła, że zajmie się ratingami krajów strefy euro w pierwszym kwartale 2012 (słusznie - poczeka na rozwój sytuacji). Jednak w komentarzu do swojej decyzji nie pozostawiła złudzeń: wynik szczytów oceniła jako zdecydowanie nieadekwatny do sytuacji. Najważniejsze było sformułowanie mówiące o tym, że szczyt nie postanowił o podjęciu zdecydowanych środków w celu zażegnania kryzysu, który jest w fazie krytycznej, a spójność w Unii Europejskiej jest zagrożona. Wypowiedział się też Jean-Michel Six, główny ekonomista agencji ratingowej
Standard&Poor's. Powiedział, że upłynął czas na rozwiązanie problemów zadłużenia i że "być może konieczny jest jeszcze jeden szok", aby wszyscy członkowie Eurolandu popatrzyli na całą sprawę jednakowo i zaczęli mówić "jednym głosem". Jest to dokładnie to, co ja od dawna mówię. Świat musi stanąć nad przepaścią, żeby Niemcy zgodzili się na druk euro.
Agencja ratingowa Fitch, trzecia z amerykańskich olbrzymów, też dołożyła swoje opinie. Według jej specjalistów porozumienie osiągnięte podczas szczytu nie jest "wyczerpującą odpowiedzią" na trwający kryzys. Ta agencja, tak jak Moody's, stwierdziła też, że nie może oceniać planowanej unii fiskalnej, bo istnieje zbyt dużo niewiadomych. Obniżyła także perspektywę ratingu Francji (nadal na poziomie AAA) do negatywnej ze stabilnej. Jednocześnie zapowiedziała przegląd sytuacji we Włoszech, Hiszpanii, Belgii, Słowenii, Irlandii i na Cyprze z możliwością obniżenia ratingów tych krajów w ciągu najbliższych trzech miesięcy.
Najgorsze jest to, że politycy mogli zrozumieć, iż wyniki szczytu zadowoliły graczy, bo w końcu grudnia indeksy rosły (klasyczne "window dressing" na koniec roku). Gdyby rynki zareagowały paniką to może politycy wymyśliliby coś więcej. Uznali jednak, że kulawy pakt fiskalny i zapewnienie płynności sektorowi bankowemu przez ECB wystarczy. Rzeczywiście banki pożyczyły z ECB na 3 lata aż 489,2 mld euro. Twierdzono, że mogą tych środków użyć do inwestowanie w obligacje zagrożonych krajów UE. Mam bardzo dużo wątpliwości. Zaciąganie kredytu po to, żeby kupować długi wątpliwej jakości to nie jest zachowanie godne polecenia...
Jeśli zakłada się (a ja tak zakładam), że trwa walka dolara z euro to w przyszłym roku panika znowu się rozpocznie. Będzie trwała do momentu, kiedy to ECB znajdzie rozwiązanie, dzięki któremu będzie mógł działać tak jak Fed czy Bank Anglii. Poinformuje, że będzie skupował bez ograniczeń obligacje zagrożonych państw strefy euro. Niemcy będą musieli się z tym pogodzić. Wtedy hossa powróci na wszystkie parkiety.